Wolny Czas

Uwielbiam mieć dużo wolnego czasu. Zauważyłem, że aby mieć dużo wolnego czasu, trzeba mniej czasu poświęcać na pracę i mniej go marnować. Jak to zrobić? Po pierwsze, co proste, mniej wydawać, żeby wystarczyło mniej pracować (można też mniej pracować zwiększając swoją stawkę godzinową, ale to już nie takie proste, bo do tego trzeba rozumu i uporu - a obie te rzeczy są dobrem wielce deficytowym). Po drugie, co też proste, nie robić tego, co nam zabiera czas nie dając nic wartościowego w zamian. Zacznijmy może od mniej ważnej oszczędności - od oszczędności pieniędzy. Do ważniejszej oszczędności - oszczędności czasu dojdziemy za chwilkę. Więc zastanowiłem się, na co bezsensownie wydaję najwięcej pieniędzy. Na samochód (uśredniony w czasie koszt zakupu i utrzymania taniego samochodu). Owszem samochód jest nieodzowny w pracy niektórym ludziom i tego nie neguję. Natomiast większości służy głównie do wożenia samego siebie i to głównie na krótkich dystansach do pracy i tym podobnych. Więc na początku 2001 roku go sprzedałem, kupiłem w to miejsce dobry rower (miałem oczywiście rower od zawsze, ale poprzedni nie spełniał już moich oczekiwań). Pozwoliło mi to zredukować wymiar pracy o 20% (50 dni w roku). Tak w ogóle, to samochód miałem tylko trzy przez 3 lata. I był to nieudany eksperyment. Zarówno wcześniej, jak i potem jeździłem rowerem i miałem przez to znacznie wyższą jakość życia. Oprócz samochodu zrezygnowałem z wszelkich prac w domu i obejściu (tak naprawdę to już od urodzenia z tego zrezygnowałem) i na prawdę nic złego się nie stało. Zauważyłem też, że nieposiadanie samochodu dla kawalera nie jest aż tak wielką zaletą, jak dla człowieka, który ma rodzinę, bo ten wówczas nie musi wozić dzieci do szkoły, ani na inne zajęcia (muszą sobie same poradzić z dojazdem) i zyskuje dodatkowy czas wolny.

Napiszę jeszcze jedną oczywistą rzecz, o której myślałem, że nie ma potrzeby pisać, jako, że jest oczywista, ale ostatnio się zdziwiłem, rozmawiając z kilkoma ludźmi. Od 13-go roku życia nie oglądam zupełnie telewizji i od kiedy się wyprowadziłem od rodziców nigdy nie miałem telewizora. Telewizja to nie tylko ogromny złodziej czasu, ale i przyczyna osłabiania intelektu na skutek mechanizmu przekazywania informacji na zasadzie "wpychania" w odbiorcę, co jest nienaturalne dla mózgu człowieka i powoduje stopniowe osłabianie jego funkcji poznawczych. Kolejną sprawą, która ludziom często zabiera cenny czas jest Facebook. I znowu rozwiązałem to bardzo prosto: nie mam i nigdy nie miałem konta na Facebooku. Być może można mieć konto i go nienadużywać, ale to wciąga, więc lepiej w nałóg w ogóle nie wchodzić, niż starać się utrzymać na jego granicy. A czas jest najcenniejszym, bo nieodnawialnym i niepomnażalnym zasobem, którego nie można zwielokrotnić, tak jak można np. dochody.

Od razu muszę zaznaczyć, że nie jestem minimalistą, bo choć idea ta jest ciekawa, to nie jest dla mnie. Uwielbiam bowiem piękne krawaty i wcale nie mam ich minimalnej ilości, a ponadto ich ilość wykazuje tendencję wzrostową, a nawet kilka krawatów zostało wykonane dla mnie na zamówienie wg projektów, które sam zrobiłem. Przeważnie na różne spotkania jadę rowerem i pakuję do sakwy koszulę i piękny krawat (i wcale się tym nie chwaląc, umiem zawiązać go w kilkanaście różnych węzłów).

W wolnym czasie jeżdżę na rowerze. Jeżdżę, bo lubię, a ponadto jest to zdrowe, praktyczne, ekologiczne i ekonomiczne. No i dobrze, bo do tego właśnie służy wolny czas, żeby robić to co się lubi. Przytoczę tu przykład, opisany gdzieś przez kogoś. Człowiek ten pracował w Polsce i utrzymywał kontakty biznesowe z kontrahentami z różnych krajów. Mówi więc do żony pewnego dnia: "jadę na dwa tygodnie do Włoch w interesach." A na to żona: "Dobrze, jedź.". Na co on: "OK, ale tak na prawdę to jadę do Włoch na dwa tygodnie, żeby pochodzić po Alpach." A na to żona: "No co ty, zwariowałeś, nie masz co robić? Jak nie masz co robić, to zobacz - trzeba mieszkanie pomalować, płot naprawić, ogródek uporządkować." No cóż, jeżeli ktoś tu zwariował, to na pewno nie mąż, bo wolny czas jest po to, by robić to co się lubi, a nie co się nie lubi. Od władczych żon zarządzających naszym wolnym czasem zachowaj nas Panie!

Jazda na rowerze jest zdrowa. Badania prowadzone w kilku krajach wykazały, że dojeżdżający do pracy na rowerze są znacznie zdrowsi, a samo dojeżdżanie rowerem do pracy średnio wydłuża życie o ponad trzy lata. (Te trzy lata z kawałkiem dotyczą tylko samych dojazdów rowerem do pracy, bo ogólnie stwierdzono, że zdrowy tryb życia, tj. dużo ruchu (więcej i bardziej intensywnego niż tylko przeciętny dojazd rowerem do pracy), odpowiednie odżywianie i przestrzeganie innych zasad średnio wydłuża życie o 12 lat względem stylu telewizor-piwko-grill. Ale tu uwzględniam tylko dodatkowe 3 lata, choć pewnie powinienem więcej, ze względu na to, że u tych, co zaczynają od dojazdów rowerem do pracy świadomość pewnych spraw stopniowo rośnie, a za tym idą dalsze zmiany stylu życia.)

Mężczyzna powinien być silny i sprawny. Jazda na rowerze zapewnia kondycję. Widać to dopiero wyraźnie w porównaniu z ludźmi, którzy całe życie niemal żadnego ruchu nie uprawiają. W ogólne nie trenuję biegów (za wyjątkiem biegu do autobusu i pociągu), natomiast 2 lub 3 razy w roku startuję w biegu na 10 km. I sama jazda rowerem wystarczy by mieć odpowiednią na to kondycję. Człowiek, który nie jeździ rowerem dostaje już ciężkiej zadyszki jak musi czasem podbiegnąć 200 metrów do autobusu na przystanku. Z przebiegnięciem maratonu to już trochę inna sprawa - przy takim dystansie nie wystarczy już ogólna kondycja, a potrzebne jest wyćwiczenie odpowiedniej grupy mięśni, które w specyficzny sposób biorą udział w tym specyficznym sporcie. I tu już trzeba ćwiczyć konkretnie biegi, bo co z tego, że siły będzie jeszcze dość, jak niewyćwiczone grupy mięśni będą już tak boleć, że uniemożliwią dalszą kontynuację biegu. Ponadto na przekór owczemu pędowi postanowiłem sobie, że nigdy nie zrobię dwóch "kultowych" rzeczy: nie przebiegnę maratonu i nie pojadę rowerem na Nordkap.

Owszem nie jeżdżenie rowerem tego nie wyklucza dobrej kondycji, ale wtedy trzeba poświęcić dodatkowy czas na ćwiczenia. Jak dla mnie to bez sensu - znowu dodatkowy kolejny dodatkowy czas potrzebny, a oprócz tego jeszcze ciągła mobilizacja. Mam także radość z jazdy; dojeżdżając rowerem do pracy, codziennie rano i po południu czuję się jak na wycieczce wakacyjnej. Dodatkowo nakłada się na to jeszcze efekt wydzielania endorfin podczas wysiłku fizycznego, a endorfiny, jako hormon szczęścia powodują polepszenie nastroju. Ludzie, którzy jeżdżą rowerem cały rok na okrągło, i przy każdej pogodzie (bo dobra pogoda na jazdę rowerem to pogoda ducha) bardzo sporadycznie chorują na przeziębienia, grypy i tym podobne sprawy a i na wszystkie pozostałe choroby znacznie rzadziej. Ruch poprawia znacznie wydolność układu krążenia i oddechowego, więc i dotlenienie i sprawność mózgu. Co też od razu odczuwam, że dotleniony umysł jest bardziej sprawny i efektywniej pracuję po jeździe rowerem. Efektywniejsza praca to większe zarobki i większy wzrost gospodarczy. Ktoś powiedział, że lepiej dostać katar od jazdy rowerem, niż zawał od jazdy samochodem. Ale to nie była prawda, bo statystyki są takie, że rowerzyści wielokrotnie rzadziej dostają i jedno i drugie.

A jak rowerem jest za daleko, wtedy zamiast butów rowerowych zakładam buty biegowe i ćwiczę biegi do autobusu lub pociągu. W autobusie zaś dalej intensywnie wykorzystuję czas: wyciągam Kindla lub laptopa i w ten sposób wykorzystuję efektywnie 100% czasu podróży. Natomiast jadąc samochodem bym musiał ten czas przeznaczyć na kierowanie nim i znowu bym był w plecy.

Jazda na rowerze jest praktyczna. Rower to najszybszy środek lokomocji w mieście. Można wszędzie wjechać, wszędzie zaparkować. Jeżdżę nim po każdej w miarę poziomej powierzchni, robiąc sobie różne skróty i wyprzedając samochody oraz pieszych jak się tylko da.

Jazda rowerem jest ekologiczna. Jadąc rowerem nie uprzykrza się innym życia przez smród spalin, hałas silnika, zakorkowanie miasta. To też z tego powodu niektórzy rowerzyści na samochody mówią blachosmrody. I choć samochody rzeczywiście są z blachy i wydzielają smród, to jednak uważam, że nie należy używać takiego określenia w obecności kierowców, bo mogą się czuć przez to obrażeni. A jak już wspomniałem, po pierwsze niektórym samochód jest niezbędny ze względu na charakter ich pracy (kurier, serwisant, itp.). Natomiast ci, którzy go używają, a nie muszą raczej nie robią tego w złej wierze, tylko w braku świadomości, że byliby szczęśliwsi jeżdżąc do pracy i na wypady weekendowe i wakacyjne rowerem. Więc tych możemy zachęcić do zmiany środka transportu na rower, czego na pewno nie osiągniemy kogokolwiek obrażając. Sprawa jest jednak nieco bardziej poważna: emisja CO2 oraz innych gazów cieplarnianych przyczynia się do globalnego ocieplenia, które zgodnie z prognozami przed końcem XXI wieku przekroczy 4oC, a to już doprowadzi do zmian klimatycznych powodujących wyginięcie ludzkości, ale przetrwają i ster na tej planecie przejmą po nas szczury. Smog i te wszystkie pyły zawieszone już skracają nasze życie o kilka lat. Jednakże pojawia się pewne światełko nadziei na horyzoncie: najnowsze osiągnięcia w dziedzinie fotowoltaiki, nowych baterii elektrycznych i innych technologii. Sprawności ogniw dochodzące już do 40%, szybki spadek cen i coraz większe upowszechnianie się technologii dają szansę, że uda się nam w ciągu kilkudziesięciu lat niemal w całości przejść na energię słoneczną, która dociera do Ziemi w ilości ok. 10.000 razy większej, niż aktualne zapotrzebowanie energetyczne ludzkości. To zapotrzebowanie nie powinno się już drastycznie zwiększać (pewnie jeszcze trochę wzrośnie, ale potem będzie już spadać); kończy się wzrost liczby ludzi na świecie i są coraz bardziej energooszczędne technologie (jak choćby domy pasywne, oświetlenie LED i rozwój kolei dużych prędkości, na które się już w niektórych rejonach Europy masowo przesiadają ludzie ze znacznie bardziej obciążających środowisko samochodów i samolotów). Trzeba do tego jeszcze wzrostu świadomości ludzi, żeby zrozumieli, że pewne rzeczy z pozoru wygodne kosztem środowiska się tylko obracają przeciw nim samym, ale i ten wzrost świadomości już pomału następuje (na razie w krajach rozwiniętych, ale od czegoś trzeba zacząć). Razem z przejściem na energię słoneczną oraz uzupełniająco wiatrową i wodną, trzeba przejść na samochody elektryczne (co się już pomału dokonuje) i stacje benzynowe zamienić na stacje wymiany akumulatorów, na których to stacjach będą one ładowane ze źródeł energii odnawialnej. Co się również dokonuje w krajach bardziej rozwiniętych (nie tylko technologicznie, ale i pod względem świadomości społeczeństwa), ale i w Polsce do tego dojdziemy, bo do wszystkiego dochodzimy, tylko że z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem. Ale póki mamy przemysł, transport i gospodarkę komunalną oparte na ropie i węglu, to szybko przyśpieszamy koniec ludzkości.




O moim rowerze

Bezpieczeństwo. Bardzo niebezpieczne jest niejeżdżenie rowerem. Powoduje one te wszystkie zagrożenia, o których napisałem powyżej i które wielokrotnie przewyższają dwa niewielkie zagrożenia wynikające z nieumiejętnego posługiwania się rowerem, które jednak bardzo łatwo można wyeliminować. Teraz właśnie o nich napiszę. Po pierwsze zadbałem o to, aby mój rower był bezpieczny. Główny element bezpieczeństwa to zostawianie go tylko w zamkniętych pomieszczeniach i to zapiętego u-lockiem do jakiejś solidnej konstrukcji. Jeśli pod sklepem lub restauracją to też zapiętego u-lockiem i tak, by bym go widział przez okno. Po drugie zadbałem o to, abym ja był bezpieczny. A zagrożenie dla rowerzystów w Polsce to agresywne psy puszczane luzem na małych wiejskich, dziurawych drogach. W bardziej cywilizowanych krajach na zachodzie Europy, czy nawet w Czechach, coś takiego jest niespotykane. A w Polsce to tak: duża i średnia droga gdziekolwiek = OK, mała droga w mieście, przez pola, przez las = OK. Mała, dziurawa droga przez zabudowania wiejskie = mogą być psy puszczone luzem (lepiej nie pchać się tam). A jeśli jednak tam wjedziemy i zaatakuje nas groźny pies? To wozić ze sobą gaz pieprzowy w aerozolu i pałkę i w razie konieczności obrony psa zagazować w pysk i spałować. A jak wyskoczy za chwilkę na nas jego właściciel - to operację powtórzyć.

Jaki rower? Oczywiście, że wypasiony full z hamulcami tarczowymi i z jak najgrubszymi oponami! Sam bym chciał mieć taki rower, niestety na taki rower mnie nie stać, bo nas na wsi zawsze była bieda. Ponadto w Polsce, a zwłaszcza już na wsi, jest taka tradycja, że wypada być ofermą losu, bo wtedy Cię ludzie będą szanować i będą Ci pomagać. Biednego człowieka nie stać go nawet na bilet na samolot, żeby z Polski wyjechać, a co dopiero na wypasionego fulla. Ale ja już się poddałem w swoim życiu i pogodziłem się z tym, że nigdy nie będę miał takiego roweru i kupiłem sobie zwykły cross, zwany też czasem trekkingiem (choć to nie do końca to samo). Rower ten ma niestety duże koła (28") i dość wąskie opony (35mm), więc po skałkach nim nie skaczę, bo by się zaraz pewnie rozwalił, albo ja bym sobie rozwalił mordę, bo jednak straszna ze mnie niezdara. Ponieważ zaletą takich kół i opon jest mały opór toczenia na asfalcie, to zacząłem jeździć na długie wyprawy. Myślałem nawet nad rowerem szosowym, ale stwierdziłem, że przecież nie jestem zawodowym kolarzem, a jedynie Mirkiem Kordosem i zostałem przy crossie. Nad dodatek postanowiłem go nieco przerobić. Nie, żeby ten rower był zły, wręcz przeciwnie, dla prostego wiejskiego chłopa, jakim jestem ten rower był wręcz za dobry. Jednakże w zimie nudziłem się jak mops, więc musiałem się czymś zająć. Najpierw wymieniłem siodełko, żeby było bardziej jajcarskie (czyli takie, które w jaja nie uwiera, jak kto nie wie co to znaczy jajcarskie siodełko). Potem amortyzator chciałem w ogóle wyrzucić, bo miał skok tylko 63mm i wstyd mi było z takim jeździć, bo skok amortyzatora w wypasionych fulach wynosi 200mm. Pomyślałem, że jak go wymienię na sztywny widelec karbonowy to odchudzę rower o ok. 1kg. Ale specjaliści zwrócili mi uwagę, że z tym trzeba jednak ostrożnie, bo to zmieni geometrię; nie tylko kierownica będzie niżej i pedały mogą haczyć o ziemię na zakrętach, ale zmieni się też kąt rury podsiodłowej (to jeszcze ewentualnie można skorygować wysuwając siodełko do tyłu) i wzrośnie kąt rury sterowej (a tego już nie skoryguję). Duży kąt rury sterowej oznacza, że rower będzie się prowadził bardzo nerwowo, w szczególności zmaleje tzw. trail, który w dużym stopniu decyduje o stabilności roweru (więcej tutaj). Jednak wymieniłem z powodzeniem kilka innych części, o czym piszę w kolejnych rozdziałach, ale wypasionego fulla już z niego nie zrobię. Całkiem inna klasa to rowery poziome. Niestety nie mam z nimi jeszcze doświadczenia, ale planuję wypożyczyć taki rower na kilka dni w te wakacje i wtedy zobaczę, czy się przesiadać na stałe, czy nie. W każdym razie, jeśli kiedyś zostanę rektorem naszej uczelni, to wtedy na 100% będę jeździć na rowerze poziomym, bo rektorowi po prostu tak wypada.

Droższy znaczy lepszy? Absolutnie nie! Lepszy to znaczy full z tarczówkami i maksymalnie grubymi oponami! Droższy rower wcale nie doda użytkownikowi więcej prestiżu, zwłaszcza, jeśli nie spełnia tych kryteriów, zaś dwa amory i grubość opon zrobią z Ciebie bossa, debeściaka, a nawet Jamesa Bonda. Ponadto przedział cenowy roweru powinien być dopasowany do umiejętności i stylu jazdy rowerzysty. Zbyt słaby sprzęt wiadomo ogranicza zawodnika. Jednak zbyt drogi rower ma również kilka wad: i tak się jego możliwości w pełni nie wykorzysta a słaby rowerzysta na zbyt wypasionym rowerze wygląda po prostu śmiesznie, a wręcz żałośnie - niczym żaba za kierownicą mercedesa. Następną sprawą jest to, że ze wzrostem ceny rower zaczyna mieć coraz bardziej wyczynowy, a mniej rekreacyjny charakter i mniej zaawansowanym rowerzystom będzie trudniej nad nim zapanować a nawet będzie dla nich mniej wygodny i wreszcie w razie kradzieży niepotrzebnie duża strata. Proponuję taki eksperyment myślowy. Wiecie, jaki rower mam? Wiecie - zwykłego crossa i wydaje mi się, że wyglądam na nim całkiem normalnie, jak typowy wiejski chłop na typowym rowerze wiejskiego chłopa. A teraz wyobraźmy sobie, że Peter Sagan podarowałby mi rower na którym wygrał Tour de Pologne. Jego rower ma: wąskie opony, wąską kierownicę, nisko umieszczoną kierownicę, krótki rozstaw osi i pedały zatrzaskowe. Oczywiście wszystko najwyższej klasy. Dla niego te cechy jego roweru powodują, że jest on szybki, dla mnie natomiast te same cechy spowodowałyby, że bym na nim nie potrafił utrzymać równowagi na pierwszym ostrzejszym zakręcie (bo taki ze mnie zawodnik, jak z koziej dupy trąbka) i... zamiast szpanu rowerem za kilkadziesiąt tysięcy złotych, byłaby kompromitacja przed całą wsią. Natomiast, gdybym miał fulla z tarczówkami i grubymi oponami z agresywnym bieżnikiem, to bym się przecież na nim nie wywrócił i bym wzbudzał uznanie. No wprawdzie, nie takie uznanie, jak jeżdżąc Audi lub BMW, ale zawsze to coś. OK, u jednych uznanie, a u innych politowanie. Szukałem uniwersalnej recepty na lans na nonsensopedii (która jest moim głównym źródłem wiadomości o Polsce i świecie), bo przecież „każdy się lansuje i nawet jak się nie lansujesz to się lansujesz, że się nie lansujesz.”

Osprzęt. Na temat osprzętu się nie będę wypowiadał, bo powiem krótko: znajomość osprzętu jest domeną prawdziwych bikerów, natomiast zwykli ludzie się na tym nie znają. Po prostu sprawa jest na tyle skomplikowana, że daleko przekracza zdolności percepcyjne prostego wiejskiego chłopa.
Więc zamiast w dobry osprzęt zainwestowałem w żółtą oczojebną kurteczkę (w której jestem na wielu zdjęciach z moich wypraw) - od razu jest widoczna znacznie większa różnica i to z daleka. Ponadto skupiłem się na tym, żeby mój rower był wygodny, a jego kolorystyka dostarczała głębokich przeżyć artystycznych.
1. Siodełko, żeby nie bolała dupa i żeby w nasadę interesa nie uwierało. Np. Selle SMP są super, w obu rowerach mam takie, pomimo, że ten producent w przeciwieństwie do Velo nie dodaje dziewczyny w komplecie. Tylko musiałem dobrać odpowiednią szerokość wg przepisu podanego tu i tu. To siodełko to rewelacja, nic mnie nie boli i nie gniecie nawet jadąc po 8-10 godzin przez dwa tygodnie pod rząd. Nad dodatek mam jeszcze sztycę amortyzowaną (Zooma za 30zł - dla mnie jest optymalny. Testowałem też Suntour NCX i Cane Creek Thudbuster - amortyzują znakomicie: zero wstrząsów dupą, ale przy szybkiej jeździe pogarsza się sterowność roweru na skutek zmiennej odległości do kierownicy. Jak dla mnie to dyskwalifikuje sztyce pantografowe). Rasowi bikerzy twierdzą, że sztyca amortyzowana to wieś. Więc to absolutnie nie dla rasowych, ale dla normalnych rowerzystów - jak najbardziej.
2. Kierownica. Jak dla mnie na jednorazową jazdę poniżej 50 km praktycznie każda jest dobra. Natomiast na kilkuset- lub kilkutysięczno-kilometrowe wyprawy już by się przydała taka, żeby się ręce nie męczyły. Wielu ludzi jeździ z kierownicą tak ładnie wygiętą jak rogi muflona. Rzeczywiście zapewnia ona wiele różnych pozycji, ale trzeba się do niej przyzwyczaić. Moja testowa jazda po podwórku wykazała dużą zmianę zachowania się roweru, a ponadto zawsze to podwójna waga normalnej kierownicy. Więc używam zwykłej, minimalnie giętej MTB - tej, która oryginalnie była w moim rowerze. A do tego chwytów Ergon GP5. Na lewym się fajnie montuje lusterko ;)
3. Dobre opony - potrzebuję ich do jazdy głównie na po asfalcie i lekkim terenie, w tym na kilkunastodniowe wyprawy. Więc dlatego wybrałem rower typu cross na kołach 28" i niezbyt szerokich oponach, przedkładając tu względy praktyczne nad ambicję zostania rasowym bikerem z fullem na oponach jak w traktorze. Z doświadczenia stwierdziłem, że opony z pancerną wkładką antyprzebiciową, ważące 800g lub więcej być może dobre są na wyprawy w pustkowia na odległych kontynentach, ale na codzień, czy w kilkunastodniowych wyprawach po Europie szkoda się z nimi męczyć. Dla mnie opony 1.5" były już nieco smołowate i jeżdżę na 1.35", co robi już odczuwalną różnicę, bo opona rośnie z kwadratem szerokości. Ale zauważyłem, że duże znaczenie ma jeszcze ich masa i rodzaj gumy. Więc po analizie informacji na forach rowerowych wybrałem Schwalbe Marathon Racer 35-622 folding, co okazało się strzałem w 11-tkę. Opony te są lekkie, minimalne opory ruchu, dobra stabilność i przyczepność na asfalcie suchym i mokrym oraz na drogach żwirowo-szutrowych i od razu wzrost prędkości o prawie 20%.
4. Pedały. Jak kupiłem swój najnowszy rower, to były w nim VP-X93. Tak się same ustawiały pod wpływem grawitacji, że nadeptując je od tyłu mamy SPD, a od przodu platformę. Oryginalne bloki były jednokierunkowe, więc oprócz maksymalnego poluzowania sprężyn, wymieniłem bloki na wielokierunkowe SH56. Rasowi bikerzy zaczynają przygodę z SPD od razu od jednokierunkowych bloków i na maksa dokręconych sprężyn, a bloki wielokierunkowe, z których się można w razie nagłej potrzeby wypiąć w różnych kierunkach to dla nich wieś. Ale jak tylko Shimano wypuściło Click'R to od razu wymieniłem VP-X93 na PD-T700. I są zdecydowanie lepsze: zatrzask ok. 3 mm dalej od korby, przez to większy luz boczny (także większy na zewnątrz), zerowy luz pionowy (w przeciwieństwie do VP-X93) oraz łatwiejsze wpięcie (w PD-T700 ta platforma wokół zatrzasku zarówno stabilizuje pozycję, jak i ułatwia wpięcie) i lepiej wyczuwalny moment wypięcia. SPD jest tu dwustronny, ale platformy w zasadzie i tak prawie nie używałem. Ponieważ pedały zatrzaskowe umożliwiają przekazywanie siły napędowej na całym obwodzie, teoretycznie możliwe jest równomierne kręcenie nimi w kółko z małą siłą, zamiast ostre nadeptywanie tylko z góry. W praktyce skłaniają one raczej do kręcenia pedałami niż ich nadeptywania, gdyż jako że dużo mocniejsze są te mięśnie, które pedał nadeptują, niż te, co go ciągną, więc ten podciąg wykorzystuję tylko w niewielkim stopniu, głównie na ostrych podjazdach i przy ruszaniu jak się zrobi zielone światło na skrzyżowaniu. Natomiast co jest ważniejsze - nie traci się energii na utrzymywanie kontaktu buta z pedałem oraz wzrasta kontrola nad rowerem (zwłaszcza przydatna na wertepach). Skutkiem tych czynników nogi mniej się męczą, a więc można jechać szybciej. Podobno najlepsze pedały to Time Atac, ale to już z pewnością za wysokie progi na moje wiejskie nogi.
5. Dodatkowo, ale to już czyni mniejszą różnicę fajna jest korba SLX, która jest zauważalnie ładniejsza od wszystkich innych modeli (o proszę! - spodobała mi się od pierwszego wejrzenia). Szczególnie sobie w niej cenię ten srebrno metaliczny środek ramion wewnątrz podłużnych czarnych trójkątów, no super design!
Z taką piękną korbą jeżdżę 35% szybciej, ze względu na napędzającą siłę wrażeń estetycznych. To pozwala mi na zwiększenie podczas wypraw dziennego dystansu nie powodującego jeszcze zmęczenia, ani złamania zasad slow life ze 120 do 160 km. A w porównaniu z jazdą rowerem górskim po asfalcie, to już różnica będzie 2-krotna, albo i więcej. Kto nie wierzy, niech spróbuje! Oczywiście na rowerze poziomym jeździ się najszybciej (133 km/h), ale co z tego, jak się nim nie da nawet na krawężnik wskoczyć, już nie mówiąc o wheelie czy stoppie -:)

Hamulce tarczowe? Hamulce tarczowe mam po to, żeby jeździć w zimie. W zimie na drogach leży śnieg, lub śnieg z błotem. Od tego momentalnie się obladzają obręcze. W momencie, jak obręcz jest pokryta lodem jest zero hamowania na V-brakach. Owszem po chwili hamowania ten lód się zetrze i hamulce zaczną działać, ale w między czasie wrąbiemy w to, przed czym chcieliśmy zahamować. A druga sprawa, choć już mniej istotna, to hamulce tarczowe umożliwiają mi długie zjazdy (np. z góry Żar w pobliżu, lub znacznie dłuższe w Alpach), lekko tylko naciskając dźwignię, gdzie na V-brakach już mi palce chciały odpaść jeszcze przed połową zjazdu z Żaru (wiem, wiem, mam bardzo słabe palce i muszę więcej grać na pianinie, żeby je wzmocnić). Jak ten rower kupiłem, to były tam jakieś Hayesy, ale to było chyba nieporozumienie, bo klamki były całe czarne, z tarcze aluminiowo - srebrne. Monotonny, jednostajny kolor, krótko mówiąc nie przemawiający do mojej duszy artysty. Więc sprzedałem je na Aledrogo i zamontowałem najpiękniejszy zestaw kolorystyczny, jaki znalazłem w internecie: czyli znowu podobnie, jak w przypadku korby: trójkątna stylistyka w srebrno-czarnych barwach. Nie pamiętam, jak się te hamulce nazywają, ale nie będąc rasowym bikerem nie jestem zobowiązany pamiętać takich szczegółów. Pamiętam tylko, że zamontowałem klocki żywiczne, zamiast metalicznych jak przystało na prawdziwego bikera, co jeszcze raz dobitnie poświadcza że jestem wieśniakiem. Hamulce błyszczą się z daleka, więc różnicę dostrzegą nawet ludzie ze wsi, a zwłaszcza położonej w górzystym terenie, tak jak nasze Kozy - największa wieś w Polsce. Poza tym to u nas w Kozach wszystko jest najlepsze i tak jesteśmy zapatrzeni w naszą wieś, że nawet jak coś nie jest najlepsze, to i tak jest najlepsze, bo jest koziańskie.

Technika jazdy. Ponieważ już od kilku lat moi kumple co jakiś czas pożyczają któryś z moich rowerów, z myślą o nich napisałem i ten rozdział. Jeśli jedziesz na pożyczonym ode mnie rowerze, to podczas zmiany biegów trzeba zmniejszyć nacisk na pedały, gdyż niestosowanie się do tej zasady tragicznie zmniejsza żywotność mechanizmu napędowego. Z tych samych przyczyn podobno nie należy ukosować łańcucha (czyli stosować małego koła zębatego z przodu i jednocześnie jednego z mniejszych kół kasety z tyłu, ani na odwrót: duże z przodu i jedno z większych z tyłu). Ale nie wiem czy to prawda, bo tym razem tylko przepisuję to co wyczytałem w internecie. Wszyscy przepisują na swojej stronie to co wyczytali i czego sami nie sprawdzili, żeby się lansować na specjalistów w jakiejś dziedzinie. Bo, jak znowu gdzieś wyczytałem: "każdy się lansuje. Nawet jak się nie lansujesz, to się lansujesz, że się nie lansujesz". Jeśli kupisz sobie kiedyś własny rower, to nie ma potrzeby stosowania się do tych zasad.

Bluza. Zamontowałem sobie dużą sakwę w trójkącie ramy i drugą podsiodłową, w pełni przestrzegając przy tym zasad aerodynamiki. Tak było mi wygodniej, niż wozić plecak na grzbiecie. Wynikło mi bowiem z moich eksperymentów, że optymalne ubranie na rower jest mniej przewiewne na brzuchu (bo tu wieje wiatr jak się szybko jedzie), a bardziej na plecach, by się grzbiet nie pocił. Jazdę z plecakiem na grzbiecie to przecież odwrócenie tych zasad, skutkujące znacznym spadkiem komfortu. Tanim i skutecznym rozwiązaniem jest się lekko ubrać i z przodu pod bluzkę włożyć reklamówkę foliową (przy wyższych temperaturach gazetę, by było odprowadzanie wilgoci). Jest to owszem trochę dziadowanie, ale ponieważ wkładasz ją pod bluzkę, więc nikt nie zauważy. A choćby ktoś zauważył, to nie znam żadnego mądrego człowieka, któremu by przeszkadzał czyjś nietypowy ubiór. Przeszkadza to tylko głupim ciotom (płci obojga), ale to ich problem, że są głupie, a nie twój.

Bagażnik. Oczywiście na krótkie trasy zgodnie z obowiązującym aktualnie trendem jeżdżę bikepackingowo, ale na dłuższe wyjazdy montuję jednak bagażnik, bo na codzień jeździć z bagażnikiem, to byłby przecież obciach w oczach rasowych bikerów (ach, jak ja uwielbiam nadprzyrodzoną mądrość tych rasowych!). Ponieważ już kilku ludzi napisało do mnie maila co to za bagażnik i jak go zamocowałem przy hamulcach tarczowych, to wyjaśniam: ten bagażnik to Author ACR-20-N (nie chciałem typowego bagażnika przeznaczonego do hamulców tarczowych na kołkach dystansujących ze względu na ciężkawy wygląd takiej konstrukcji). Tak go dobrałem, żeby miał mocowanie pod światełko tylne (do tego mocowania mocuję też błotnik na 5-cm płaskowniku, zamiast na czterech długich drutach idących od osi koła; to mniej waży i ładniej wygląda), żeby był z tych długich (38 cm), bo inaczej by mi ta mała torba z którą często jeżdżę spadała i zasłaniała tylne światło i żeby się mieścił koło hamulców tarczowych bez żadnych dodatkowych podkładek. Przy Hayesach się mieścił, ale jak zmieniłem Hayesy na hamulce o ładniejszej kolorystyce, to musiałem odciąć mu jeden konstrukcyjnie niepotrzebny kawałek (zaznaczony na pomarańczowo na zdjęciu). Ale ma jedną wadę: te śruby zaznaczone czerwonymi strzałkami raz mi się poluźniły i cały bagażnik wywrócił się do tyłu (nie ma żadnego zabezpieczenia od tego), a te pręty mocujące go do widełek weszły między szprychy (dobrze, że to się mi stało przy ruszaniu, przy prawie zerowej prędkości, bo inaczej miałbym chyba poważny problem). Dlatego teraz jako zabezpieczenie przywiązuję go dodatkowo drutem do rury podsiodłowej (narysowałem ten drut na niebiesko).

Kolor. Najlepszy jest oczywiście ten żółty oczojebny (wyjaśnienie dla dorosłych: oczojebny oznacza położony w centrum czułości spektralnej oka, a więc o długościach fal rzędu 570-580 nm). Raz, to, że niesamowicie poprawia nastrój - może robić za substytut czekolady, przy okazji jednak nie psuje zębów. Dwa, że ma małą absorpcyjność (mam nadzieję, że dobrze to trudne słowo napisałem) dla promieniowania podczerwonego, więc słońce przez bluzkę w tym kolorze nie grzeje mi mocno. Trzy, to kierowcy widzą mnie z daleka i kolor ten kojarzy im się z kamizelką odblaskową używaną przez policjantów, co ma na nich działanie uspakajające. A w Polsce z kulturą kierowców jest bardzo kiepsko niestety. Jak ktoś jeździł rowerem po różnych innych krajach, to wie że duża część polskich kierowców w pod względem kultury okazywanej rowerzystom są jeszcze często sto lat za murzynami. Ponadto kolor ten jest cudowny, także nawet muszki i pszczółki się mną zachwycają. Dobre i to, skoro ludzie zachwycać się nie mogą kimś, kto nie ma wypasionego fulla z tarczówkami i grubymi oponami (o Audi i BMW nawet nie wspominając).

Spodnie. Podobnie, jak odpowiednia koszulka na rower (nie wymagająca tej reklamówki), tak i odpowiednie spodnie są najlepsze, ale nie zawsze jest to praktyczne, zwłaszcza jak się jeździ na krótkich dystansach, a potem się np. idzie na zajęcia na uczelni. Wtedy najlepiej jechać w zwykłych spodniach i żeby nogawki nie wchodziły w łańcuch, to nałożyć na nie ściągacze ze skarpetek. To, że skarpetki są u góry zakończone ściągaczami jest wnerwiające i każdy chyba normalny człowiek je obcina, więc nie wyrzucać wszystkich, tylko zostawić jedną parę na na spięcie nogawek. Zanim na to wpadłem, to spinałem klamerkami, ale, że jedną miałem żółtą, a drugą czerwoną, to za każdym razem, jak mnie żona widziała z tymi klamerkami dostawałem ochrzan, że wstyd rodzinie przynoszę, więc zmieniłem na ściągacze ze skarpetek i jest OK.

Kask. Zastanów się kim będziesz bez kasku. Wszyscy zawodnicy jeżdżą w kasku. Stare dziady na starych gratach jeżdżą bez kasku. Chcesz być zawodnikiem, czy dziadem? Za kask trzeba dać co najmniej 200zł. Na tańsze nawet nie patrzyć w sklepie, bo są one nie wygodne i szybko się psują. Kto mało płaci, ten płaci dwa razy. W ogóle jak masz mało forsy, to nie kupuj dziadostwa, tylko użyj swojej inteligencji aby zwiększyć dochody (przecież jesteś najmądrzejszy na świecie i kto jak kto, ale Ty z taką błahostką sobie w mig poradzisz). Jestem jednak przeciw wprowadzeniu obowiązku jazdy na rowerze w kasku. Doprowadziłoby to bowiem do tego, że większość ludzi przestałaby w ogóle jeździć na rowerach, w obawie o to, żeby się sąsiedzi nie nabijali z nich, że w kasku wyglądają jak żółwie Ninja. Zaś wszyscy pozostali by jeździli w kasku i wtedy kask straciłby sens, bo nie stanowiłby już atrybutu przynależności do bardziej ekskluzywnej kategorii zawodników. (swoją drogą „ekskluzywny” to inaczej „szpanerski”, a zatem „szpaner”, to kto: „ekskluzownik”, „eskluzysta”, czy „ekskluziarz”?) Więcej o obowiązkowych kaskach napisałem tutaj. Pamiętaj: kask Ci może honor uratować!

Natomiast na www.bikestat.pl można znaleźć dyskusję na ten temat, gdzie ktoś stwierdza, że kierowcy większym łukiem mijają rowerzystów bez kasku bo uważają ich za mniej doświadczonych i dlatego jazda bez kasku jest ponoć bezpieczniejsza. Wklejam ten fragment: Wybitny naukowiec prof. Gołodupcew przeprowadził ostatnio badania, z których wyszło, że najbezpieczniej jest jechać na "Ukrainie" (taki rower), w walonkach i kufajce (ubranie rowerowe) z rozwianą czupryną. Koniecznie trzeba jechać zygzakami sprawiając wrażenie totalnie nawalonego!!! Samochody takiego delikwenta omijają w odległości średniej jak wynikało z badań trzy metry dwadzieścia siedem centymetrów i sześć milimetrów.

Sprzęt na wyprawy. Na wielu stronach można spotkać porady zawierające listę tego, co należy zabrać na wyprawę rowerową. Nawiązując do tych porad, chciałem potwierdzić, że przede wszystkim trzeba mieć ze sobą dobry namiot, śpiwór, karimatę i kuchenkę gazową oraz części zamienne do roweru: dętkę, lepiej dwie, a jeszcze lepiej trzy, kilka zapasowych szprych, zapasowy łańcuch i skuwacz oczywiście, bo po co bez tego brać łańcuch. Należy pamiętać też o zabraniu zapasowej opony, jakby się uszkodziła w sposób uniemożliwiający wymianę samej dętki. Trzeba koniecznie zabrać też zapasową tylną przerzutkę, na wypadek uszkodzenia jej przez zahaczenie o coś w trasie. Warto też zabrać zapasowe piasty, kasetę i korbę, oczywiście z kompletem kluczy do ich wymiany. Ale przede wszystkim zapasową ramę, bo jak rama pęknie, to dalej nie pojedziemy. Oprócz zapasowego roweru w częściach trzeba zabrać zapasowy komplet ubrań i komplet lekarstw na wszelką możliwą chorobę. To wszystko ładujemy na przyczepkę Extrawheel, a najlepiej połączyć szeregowo dwie takie przyczepki, na wypadek, jakby jedna się zepsuła. Mając już dwie przyczepki, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dodać kolejne dwie z boku i wtedy możemy załadować cały nasz dom, co będzie stawiało mniejszy opór, niż gdyby go za sobą ciągnąć na sznurku.

O wyprawach na serio. Jeśli chcę przejechać z punktu A do punktu B, lub z punktu B do punktu A to jeśli mogę wybrać kierunek podróży (zwrot dla ortodoksyjnych fizyków), to staram się jechać w taką stronę, żeby większość trasy mieć zarówno słońce w plecy, jak i wiatr w plecy. Słońce, to wiadomo skąd świeci, natomiast różę wiatrów dla rożnych miejscowości i miesięcy sprawdzam sobie tutaj. Co do bagażu na wyprawy, to decyduje łączna waga rower + bagaż + rowerzysta. Więc stwierdziłem, że najlepiej zrobię, jak schudnę o kilogram i podzielę zyski po połowie: pół kilo na większy bagaż i pół kilo na większą prędkość.

Odżywianie się. Podczas wysiłku należy pamiętać o uzupełnianiu płynów, które z nas parują. Najlepsze są odpowiednie napoje izotoniczne i to aż z czterech przyczyn. Po pierwsze są najszybciej przyswajalne dzięki odpowiedniej osmowalności i zawierają kwaśne związki uzupełniające niedobór soli mineralnych. Po drugie są 2-3 droższe niż zwykłe napoje, przez co ich spożywanie w dużych ilościach napędza naszą gospodarkę, więc kupując je robimy coś dobrego dla naszego kraju. Po trzecie to że są kwaśne powoduje erozję szkliwa zębów, zwłaszcza, jeśli się je popija co chwilę małymi łykami zgodnie z zaleceniem, co powoduje konieczność częstszych wizyt u dentysty, a przez to także napędza naszą gospodarkę (tym razem w branży stomatologicznej), więc znowu robimy coś dobrego dla naszego kraju. I wreszcie po czwarte chlanie z butelki z napisem „Isostar”, podobnie jak używanie kasku rowerowego powoduje zaliczenie nas do bardziej prestiżowej grupy zawodników, w odróżnieniu od zwykłych niedzielnych rowerzystów, którzy piją wodę mineralną. Podczas wysiłku należy także uzupełniać węglowodany w formie łatwo przyswajalnej. Polecam tu batony energetyczne z napisem „Isostar” lub innym wskazującym na rozpoznawalną markę z górnej półki z przyczyn tych samych co napoje izotoniczne (również należy przygryzać co chwilkę po małym kawałku, bo dentyści też muszą z czegoś żyć).

Moje marzenia. Na koniec by wypadało wspomnieć coś o moich marzeniach, bo marzenia, jak wiadomo się spełniają, a te się spełnią na pewno, zwłaszcza, że już poczyniłem konkretne przygotowania:








Varna bicycles

Creative Commons (You are free to copy, share and adapt all articles and software from my web page for noncommercial purposes, provided that you attribute the work to me and place a link to my home page. What you build upon my works may be distributed only under the same or similar license and you may not distort the meaning of my original texts.). żółta oczojebna kurtka